środa, 30 lipca 2008

30 lipca





Nadal jestesmy w Sihanoukville, to nasze wczasy od wczasow.....

niedziela, 27 lipca 2008

25 lipca

Zmeczeni troche czestym przemieszczaniem sie, pakowaniem plecakow, postanowilismy poszukac miejsca na dluzszy pobyt. Coz moze byc lepszego od wybrzeza Zatoki Tajlandzkiej... Przyjechalismy do Sihanoukville na poludnie Kambodzy, do nadmorskiej cichej miejscowosci. Osadzilismy sie w zacisznym hotelu na 3 kroki od plazy i ... spada deszcz. Troche to zmienilo nasze plany, no bo nie ma jak pojechac na urlop nad morze, a tam sie pogoda psuje... Jednak pomimo tego, w odroznieniu od deszczowej aury nad Baltykiem, nadal jest wysoka temperatura powietrza, wody jeszcze wyzsza, jedynie gdzie przepadl blekit nieba... Na tym polega pora deszczowa.

24 lipca


Mija polmetek naszego wyjazdu a jeszcze dluga droga przed nami. Niestety przyszedl czas pozegnac sie z Wietnamem. W pamieci pozostana malownicze i roznorodne krajobrazy, zapach i smak aromatycznych potraw oraz wizerunek szybko rozwijajacego sie panstwa "Tygrysa"azjatyckiego, jakze odmiennego z wczesniej znanym stereotypem.
Znowu dosc wczesnym rankiem wsiedlismy w autobus, tym razem podazamy do Phnom Penh - stolicy Kambodzy.
Zdobycie wizy kambodzanskiej przypominalo farse. Zwykle aby uzyskac wize nalezy wypelnic formularz, dolaczyc fotografie i uiscis odpowiednio wysoka oplate. Wyrobienie wizy w Ambasadzie Kambodzy w Sajgonie trwa ok. 6 dni, na granicy zaledwie kilka minut. Wiec wsiedlismy do autobusu bez wizy wjazdowej. Tuz przed opuszczenie Wietnamu "pomocnik kierowcy" zebral paszporty wszystkich podroznych i od kazdego kwote 25$ na owa wize. Najpierw przekazuje nasze paszporty urzednikowi wietnamskiemu, ktory "rzutem na tasme", bez ceregieli wstawia pieczatki wyjazdowe. W taki sam szybki sposob przywitala nas Kambodza. Tutaj urzednik porownal "oryginal" z tym co jest na zdjeciu w paszporcie i kazal wsiasc do autobusu. Oczywiscie paszporty wszystkich turystow z naszego autobusu zatrzymal. Tymczasem kierowca przewiozl nas przez okazala brame wjazdowa, stylizowana na buddyjska swiatynie, do Kambodzy bez dokumentow. Po kilku minutach zatrzymalismy sie pod restauracja na lunch, a po 30 minutach wrocily do nas paszporty z wiza...
W czasie jazdy, obserwujac przez okno autobusu zauwazamy wyrazne roznice w porownaniu z Wietnamem. Wielka przepasc dzieli te dwa sasiednie panstwa. Kambodza jest bardzo biedna, nadal nie podniosla sie po tragicznych czasach dlugiego i krwawego rezimu. Betonowe lub drewniane domki na palach przypominajace chaty w skansenie, nie zagospodarowane pola uprawne i wszedzie lezace sterty smieci w postaci opakowan jednorazowych. Stolica rowniez szokuje widokiem. Betonowe budynki pozbawione zdobnictwa, podniszczone klimatem, dziurawe ulice. Po zmroku zapada ciemnosc rozjasniana jedynie przez nieliczne neonowe reklamy hoteli i restauracji wyznaczajace kierunek "domu". Mamy nadzieje, ze czesc reprezentatywna miasta, czyli okolice palacu krolewskiego sa bardziej okazale. To pozostawiamy sobie na ponowna wizyte w Phnom Penh za kilka dni.
Jest jednak cos co sprawia, ze Kambodza lapie za serce... bezinteresowny, szczery usmiech spotykanych po drodze ludzi...

23 lipca



Dzis kolejny obowiazkowy punkt programu wyciagnal nas z lozek skoro swit. Nie uwierzycie, ale nasze wakacje to prawie codzienne wstawanie o wczesnych godzinach. Albo pedzimy na wycieczke, ktora zaczyna sie okolo 8.00 lub na autobus, by przemiescic sie w nowe miejsce. W pozostale dni to obowiazkowa gimnastyka poranna z "tubylcami" wyciaga nas z lozka.
Dzis splynelismy Mekongiem, albo raczej plynelismy w gore rzeki. Mekong przebywa ok. 4,5 tys. km z Wyzyny Tybetanskiej, zdradzajac swoje koryto glowne, rozlewa sie na poludniu Wietnamu 9 odnogami zwanymi Dziewiecioma Smokami. Woda rzeki niesie z soba bogaty osad zasilajacy pola uprawne, co sprawia, ze w delcie Mekongu ryz zbiera sie trzy razy w roku, podczas gdy w reszcie kraju tylko dwukrotnie.
Mielismy okazje plynac lodzia jedna z odnog rzeki - Co Chien i podgladac mieszkancow bezposrednio w ich domach nad i na wodzie. Po rozlicznych kanalach plywaja targi - barki wypakowane owocami i warzywami. Szukajac nabywcy rolnicy splywaja w dol rzeki a targu dobija sie z lodzi do lodzi. Znakiem rozpoznawczym "plywajacego kramu" jest zawieszony na antenie owoc lub warzywo. Jedynym minusem naszej wycieczki byla nienajlepsza pogoda, pora deszczowa przypomniala o sobie...

22 lipca





Okolice Sajgonu kryja szczegolne atrakcje poludniowego Wietnamu. Jedna z nich to pamiatka po wojnie z Amerykanami, na ktorej zbija sie teraz fortune, oprowadzajac turystow po podziemnych tunelach Cu Chi. To obszar o dlugosci ok. 200 km gdzie partyzanci chronili sie w wykopanych recznie podziemnych przejsciach i komorach. Trzypoziomowa siec tuneli na glebokosci od 3 do 9 m zawierala pomieszczenia sanitarne, kuchnie, sypialnie, sklady broni oraz przerozne (makabryczne) zasadzki na wroga doskonale zakamuflowane. Poruszanie sie po tunelach zmusza do zgiecia sylwetki, czasem nawet do czolgania w dusznych korytarzach.
Druga dla nas istotna, w tym rejonie, atrakcja byla Wielka Swiatynia Kadoistyczna. Kadoizm jest religia stosunkowo mloda, powolana przez urzednika panstwowego w 1926r. i praktykowana tylko na poludniu kraju. Laczy w sobie buddyjskie korzenie z idealami krzewionymi przez Chrystusa, Mahometa czy Konfucjusza. Do panteonu nietypowych "swietych"zaliczani sa: Ludwik Pasteur, Martin Luther King i Victor Hugo. Budynek swiatyni laczy style architektoniczne Wschodu i Zachodu - jest dlugi i wysoki jak katedra, fasade stanowia dwie wieze a trzecia jest zakonczona kopula nad sanktuarium. Znakiem rozpoznawczym swiatyni jest Oko Opatrznosci umieszczone na wizerunku ziemskiego globu w formie oltarza. Wnetrze mieni sie kolorami - blekitny sufit, rozowo-fioletowe filary wspierajace strop wokol, ktorych owiniete sa bajkowe smoki. Wyznawcy kaodaizmu sa pacyfistami i modla sie 4 razy dziennie. Mielismy okazje "podgladac"jedno z nabozenstw. Wierni nosza szaty liturgiczne w kolorach symbolizujacych nurt religi, z ktora sie utozsamiaja.

czwartek, 24 lipca 2008

21 lipca


Napatrzylismy sie na wydmy, powdychalismy zapach morza tchnacy suszonymi krewetkami, co dalo nam namiastke wczasow nad morzem, i w droge... tym razem do Sajgonu.
Sajgon, to dawna nazwa miasta chociaz jest stosowana nadal, glownie w odniesieniu do turystow. Po zdobyciu poludnia przez armie Wietcongu nazwe miasta zmieniono na Ho Chi Minh City w holdzie dla "ojca narodu".
Sajgon tetni zyciem, przypomina "namietny romans zachodu z Wietnamem" jak to podaje opis w przewodniku. W XVII wieku stanowil ostoje dla uchodzcow z Chin, wabil palarniami opium i dzielnicami czerwonych latarni. Dzis jest to metropolia przyciagajaca zagranicznych przedsiebiorcow co uwidacznia sie w rosnacej liczbie oszklonych biurowcow i nowoczesnych hoteli wzbijajacych sie ku niebu. Wyraznie zaznacza sie bogactwo poludnia skupiajace sie na biznesie od nieco biedniejszej na polnocy stolicy. Tu tez na znaczeniu zyskuje okreslenie chaosu, czyli "totalny Sajgon". Ulice sa zatloczone wszelkimi pojazdami, przepychajacymi sie w tylko sobie znanym kierunku przez skrzyzowanie, nie zawsze zgodnie z wyznaczonym kierunkiem jazdy. Wszyscy jednak w miare sprawnie sie przemieszczaja lacznie z pieszymi, ktorzy z dusza na ramieniu, przepychaja sie na druga strone ulicy. Bywa i tak, ze tworza sie korki, ale zawsze mozna przeciez na motorku przemknac chodnikiem...

wtorek, 22 lipca 2008

20 lipca




A propos ilosci zamieszczanych zdjec...nie wszystkie komputery chca wspolpracowac z karta pamieci naszego aparatu, staramy sie to nadrabiac z czasem, gdy nadarza sie okazja.
Nasza rybacka wioska i okolica maja inne ciekawe atrakcje - kolorowe wydmy, czerwone i biale, ktore rozposcieraja sie na sporym obszarze, a wspinaczka na wierzcholek doprawia o mala zadyszke, to zapewne z powodu upalu. Spelnilo sie moje oczekiwanie co do spacerow po piasku (plazy), tylko dlaczego on tak parzy w stopy... Dzieciaki z okolicy slizgaja sie po zboczu wydmy na kawalku plastiku, co jest wielka frajda...
Wspomniane wydmy nie znajduja sie na tyle blisko by tam dojsc piechota, wiec wynajmujemy motorbike'i, to dopiero jest jazda....

19 lipca


Da Lat odswiezylo nasze przykurzone pluca, uraczylo widokami gorskiej okolicy oraz obserwacjami mieszkancow. Przespacerowalismy sie kilkakrotnie wokol jeziora czym zadziwialismy wielu tubylcow.
Jednak ciekawosc swiata nie pozwala nam zbyt dlugo siedziec w jednym miejscu, wobec czego po raz kolejny spakowalismy bagaze i przemknelismy autobusem w kilka godzin na wybrzeze poludniowe, do Mui Ne. Wyobrazalismy sobie rajskie plaze z delikatnym piaskiem pod stopami, blekitna, spokojna wode, w ktorej mozna sie zanurzyc i uciec przed upalem. Rzeczywistosc jednak nas rozczarowala, po raz pierwszy w Wietnamie. Morze Poludniowochinskie w tej okolicy jest bardzo niespokojne, przypomina raczej "gniew oceanu", wiec kapiel jedynie pod prysznicem. Z powodu plywow plaza pojawia sie dopiero poznym popoludniem, a spacer po niej nie jest zbyt przyjemny. Bliskosc wioski rybackiej sprawia, ze wraz z odplywem na plazy pozostaja smieci, resztki rybich tusz i inne niezidentyfikowane rzeczy, wiec "palmowy raj" zostal utracony...
Mui Ne jest jednak doskonalym miejscem dla milosnikow zamknietych resortow. Wiele ich wybudowano na pseudoplazy, wlasciwie na falochronie, wydzierajac morzu spory kawalek terenu. Sa to biekty zamkniete z basenami, kortami tenisowymi, boiskami sportowymi, polami golfowymi i gabinetami spa, wiec rekompensuja te romantyczne spacery po plazy.

czwartek, 17 lipca 2008

17 lipca




Z nad goracego wybrzeza ucieklismy w Centralne Wyzyny, do Da Lat, gdzie temperatury sa wiele nizsze, zwlaszcza po zachodzie slonca. Jest to rejon gdzie w Wietnamie sa sprzyjajace warunki do uprawy innych roslin poza ryzem, czyli rozwinely sie tutaj plantacje warzyw i wiekszosci azjatyckich owocow. Miasto polozone jest na licznych wzniesieniach, na wysokosci okolo 1500 m npm. Okolica obfituje w malownicze doliny wyzlobione przez rzeki. Do kazdej z dolin jest osobny platny wstep, podobnie jak u nas do parku narodowego. Jednak tuz za brama wejsciowa napotykamy sciezki obstawione kiczowatymi postaciami z bajek, kowbojami, ktorzy namawiaja do zrobienia sobie zdjecia lub przejazdzki na koniu, sloniu itp. Nazwy dolin np. "Dolina Milosci" przyciagaja wielu wietnamskich turystow, ktorzy w nieskonczonosc fotografuja sie na tle wodospadu, domku na drzewie, na kamieniu...

wtorek, 15 lipca 2008

14 lipca



Od dwoch dni jestesmy w Nha Trang, nadal na wybrzezu Morza Poludniowochinskiego. Nha Trang jest duzym nowoczesnym miastem oferujacym piekne plaze z widokiem na malownicze wyspy. Miasto zaskakuje iloscia nowoczesnych hoteli, resortow, restauracji, ktore przyciagaja nie tylko zagranicznych turystow, ale glownie Wietnamczykow, oczywiscie tych "nadzianych".

Nadmorski bulwar jest miejscem gdzie wczesnym rankiem, tuz po wschodzie slonca, czyli okolo 5.30 mieszkancy, bez wzgledu na wiek, przychodza na poranna gimnastyke, tai-chi, jogging i obowiazkowa kapiel w morzu. Nieco pozniej, czyli juz okolo 7.00, slonce zbyt mocno przygrzewa i jest za goraco na uprawianie sportu innego niz wodny.

Poza plazowaniem Nha Trang oferuje zabytki zwiazane z Krolestwem Czampa, ktore istnialo od VII do XV wieku na tych terenach. Do dzis przetrwala ich spuscizna w postaci kamiennych wiez pelniacych role swiatyn.

Korzystamy z dobrodziejstw wybrzeza, czyli lezakujemy (glownie w cieniu), moczymy nogi w slonej wodzie i objadamy sie wszystkim "co nie patrzy na nas z talerza". Rano ozywczy jogging plaza, w poludnie obowiazkowa drzemka i wieczorem spacer brzegiem morza - czyli belfry na "wczasach pod grusza".

piątek, 11 lipca 2008

11 lipca


Odrobina obyczajowosci ulicznej. Do najblizszej plazy z Hoi An jest okolo 4 km, wiec w sam raz na przejazdzke rowerowa. Poruszanie sie po ulicy jakimkolwiek pojazdem, nawet rowerem, wcale nie jest proste. Niby sa znaki ostrzegawcze i sygnalizacja swietlna a jednak kazdy jedzie gdzie i kiedy chce nie zwazajac na przepisy. Na szczescie pojazdy poruszaja sie na tyle wolno aby zareagowac na inne przemykajace auta, rowery i motory i nie spowodowac kraksy. Tak wiec przemknelismy na rowerach przez miasteczko, mijajac po drodze kilka luksusowych kurortow miedzy polami ryzowymi. Plaza, coz, szeroka, czysta i prawie pusta, morze kuszace blekitem, wiec dlugo nie czekalismy z kapiela. Pogoda jak marzenie, czyste, bezchmurne niebo i wysoka temperatura. Piasek pod stopami rozgrzany wiec przejscie do wody, nawet jesli to tylko kilka metrow, sprawil nam wiele trudnosci. Woda w morzu spokojna, przezroczysta i ciepla, brakuje tylko babelkow i byloby prawie jak w wannie. Po kapieli opalanie, ale tylko w cieniu. Nie sposob polozyc sie na goracym piachu. Po chwili sielski spokoj zaburzaja obnosni sprzedawcy czegokolwiek. Odpowiadajac grzecznie, ze sie nie jest teraz zainteresowanym nie stanowi dla nich problemu, aby przyjsc "later", czyli juz po 5 minutach...

Odnalezlismy polski slad w Hoi An - Kazimierz Kwiatkowski (1944 -1997) polski archeolog, wslawil sie tutaj swoimi zabieganiami o wpisanie Hoi An na Liste Swiatowego Dziedzictwa UNESCO, za to mieszkancy wystawili mu pomnik!

czwartek, 10 lipca 2008

10 lipca




Wyjechalismy z Hue na poludnie do Hoi An, zabytkowego miasteczka wpisanego na Liste Swiatowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Od XVI do XVIII wieku byl to wazny port i jedno z najwiekszych centrow handlowych Azji Poludniowo-Wschodniej. Dzis jest to urocza miejscowosc, gdzie doliczono sie 844 zabytkowych obiektow. W waskich uliczkach podziwiac mozna budynki o wyraznych wplywach chinskiej i japonskiej kultury.
W ostatnich dniach pogoda sie zmienila. Jest piekne blekitne niebo i pot sie leje z nas strumieniami. Miasteczko bardzo nam sie podoba, zabudowa jest niska, domy kolorowe z bogatymi zdobieniami, zarowno zabytkowe jak i te nowe. Wietnam coraz bardziej lapie nas za serce, azjatycka atmosfera, nastawieniem ludzi do zycia i krajobrazami.
Milo jest pod koniec upalnego dnia posiedziec nad brzegiem rzeki i podziwiac cos, czego u nas nie sposob zobaczyc - dzieci bawiace sie puszczaniem latawcow.

wtorek, 8 lipca 2008

7 - 8 lipca



Hanoi troche nas rozleniwilo, przyszedl jednak czas ruszac w droge... Nocnym autobusem zmierzamy na poludnie do Hue. A propos autobusu, kazdy ma miejsce sypialne w formie lozka, niby nic nowego bo takie bywaly juz w Chinach, ale ten autobus byl bardziej nowoczesny i komfortowy, oprocz szczegolu, ze Alek "jak na wysokiego Azjate" mial za krotkie lozko. Podroznych zaopatrzono w cieple kocyki aby klimatyzacja ich nie wyziebila. Wobec czego slodko zasypialismy bujani do snu nierownosciami drogi po ktorej kierowca pedzil, hmm... z chyba nadmierna szybkoscia.
Do Hue dotarlismy ok. 8 rano 8 lipca, szybko znalezlismy tani i przytulny hotel, jak na tutejsze standardy z klimatyzacja, lazienka, lodowka i tv.
Hue bylo stolica Wietnamu w latach 1802 - 1945, za panowania dynastii Nguyen. Niestety jego swietnosc nieco podupadla bo miasto ucierpialo od amerykanskich bombardowan w czasie ostatniej wojny. Bardzo ciekawe jest Cesarskie Miasto, otoczone dlugimi na 20 km, wysokimi na 7 m i grubymi na 20 m murami. W samym jego sercu znajduje sie Zakazane Purpurowe Miasto, czyli palac, w ktorym mieszkal cesarz z licznymi zonami (?).
Poza tym uwage w Hue przyciaga tetniaca zyciem rzeka Perfumowa (Huong), z mnostwem rozmaitych lodzi i barek mieszkalnych.

6 lipca



Jak przystalo na pogodna niedziele nalezy sie wybrac za miasto. My pojechalismy nad Zatoke Ha Long, w ktorej wapienne skaly polyskuja w zlotym sloncu na tle szmaragdowej wody. Zatoka lezy w odleglosci 3 godzin jazdy z Hanoi, wiec niedaleko jak na jednodniowy wypad. Niezapomnianych wrazen dostarcza rejs pomiedzy wapiennymi wzgorzami- mogotami, drewnianym statkiem przypominajacym replike chinskiej dzonki.

sobota, 5 lipca 2008

4 lipca




Sercem Hanoi jest jezioro Hoan Kiem, ktore powstalo gdy Czerwona Rzeka zmienila kierunek przeplywu. To oaza zieleni otoczona cienista promenada, na ktorej od switu do zmroku tlocza sie uliczni handlarze, kanciarze, kochankowie, szachisci i turysci. Spacer po ty miejscu wychwalany jest w piesniach, poezji i wietnamskich legendach. Jedna z ich mowi o powstaniu miasta w XV wieku. Za panowania cesarza Le Loia, olbrzymi zolw wylowil miecz, ktorym cesarz poslugiwal sie wypierajac z kraju chinskie wojska okupacyjne. Upamietnia to zdarzenie swiatynia na jeziorze Tran Ba Ding (Uspokojenie Fali).


Bardzo ciekawym miejscem w Hanoi jest Swiatynia Literatury wynoszaca potrzebe ksztalcenia do wysokiej rangi. Swiatynia ta upamietnia czasy Konfucjusza i jest miejscem kultu i wyrazu szacunku Wietnamczykow dla edukacji i literatury. Kompleks swiatynny powstal w XI wieku i przetrwal okresy burzliwych wojen. Wchodzac przez Brame Doskonalej Cnoty i Brame Osiagnietego Talentu ludzimy sie, ze czesc tych cnot splynela na nas.




piątek, 4 lipca 2008

3 lipca



"Good morning Vietnam"

W deszczowe przedpoludnie wylecielismy do Hanoi. Lot byl zadziwiajaco krotki, ledwo osiagnelismy pulap ponad chmurami a tu zaczyna sie "rollercoaster", czyli podchodzenie tresci zoladka do gardla w czasie ladowania... Wyladowalismy gdzie pomiedzy polami ryzowymi, co mialo byc lotniskiem miedzynarodowym. Do samej stolicy jechalismy jeszcze 45 minut lokalnym autobusem. W Wietnamie galopujaca inflacja spowodowala, ze za 1 Euro dostalismy w kantorze 25 600 dongow, czyli walizke pieniedzy. Za bilet z lotniska zaplacilismy zaledwie 5000 od osoby. Hotel odnalezlismy w miare szybko, a wlasciwie to on sam znalazl nas. Turystow w Wietnamie nie jest tak duzo jak w innych panstwach azjatyckich wiec naganiacze walcza o kazda spotkana zablakana "dusze". Pierwsze wyjscie na miasto i pierwszy szok, wszyscy przemieszczaja sie na motorach, na nasze szczescie z niezbyt zawrotna szybkoscia. Jednak halas jaki robia silniki motorow i klaksonow jest niczym w porownaniu z 20 minutowa przerwa w szkole. Uliczki starej dzielnicy Hoan Kiem, gdzie mieszkamy, sa platanina podobnych do siebie ulic, wiec nie jest latwo za pierwszym razem dotrzec do wyznaczonego celu. Wieczorem odpoczywalismy nad jeziorem obserwujac "tubylcow". Spora wiekszosc z nich uprawiala gimnastyke, biegala wokol jeziora lub grala w badmintona.

Oprocz osob zwiazanych z obsluga ruchu turystycznego w Hanoi malo kto mowi po angielsku, wiec zakupienie butelki wody mineralnej nie raz przysparza zabawnych sytuacji.

środa, 2 lipca 2008

2 lipca


Pogoda stala sie mniej sprzyjajaca. Temperatura spadla pewnie o 5 stopni, ale za to jak przystalo na porzadna pore deszczowa spada dzis wiecej opadow.... nie pozostalo nic wiecej, jak tylko rozkoszowac podniebienie specjalami kuchni tajskiej, prosto z garnka....

1 lipca




Wakacyjny wtorek wcale nie musi byc szybszy...
W Bangkoku malo kto sie spieszy, wiec i my postanowilismy zwolnic kroku...

30 czerwca







Kolejny piekny dzien w Miescie Aniolow (tlumaczenie z tajskiego), czyli Bangkoku. Znajomy zapach orientalnych przypraw drazniacy nozdrza, kadzidel swiatynnych doprawiony wonia zanieczyszczonej rzeki. Jest to tak charakterystyczne, ze z zamknietymi oczami mozna to rozpoznac nawet po dlugim czasie nieobecnosci w tym miejscu.



Wakacyjny poniedzialek musi byc leniwy, wiec niespieszac sie zmierzamy w kierunku kompleksu swiatynno palacowego, gdzie z najwieksza poboznoscia Tajowie oddaja hold posazkowi Szmaragdowego Buddy.



Zar sie leje z nieba z mniejsza jednak predkoscia niz z nas splywaja strugi potu.

29 czerwca



Po poldziennym wypoczynku czas na rekonesans. Z ciekawosci, co jeszcze sie zmienilo w czasie naszej piecioletniej nieobecnosci w Bankoku, z mekki podrozniczej w dzielnicy Banglamphu wybieramy sie do centrum. Tak, 5 lat to chyba wystarczajaco wiele czasu by wybudowac od podstaw linie metra laczaca miasto w kierunkach wschod-zachod i wydluzyc linie kolejki nadziemnej tzw. skytrain z polnocy na poludnie miasta, a przeciez to tylko Azja... wiec nie przyznajemy sie nikomu, ze my mamy w Polsce tylko taki "tyci-tyci" odcinek metra w stolicy.

Wsiadamy wiec w jedna z szybkich kolejek i juz w pare minut jestesmy z 20 km na polnoc od centrum na bazarze weekendowym. Slynie on z ogromu powierzchni i asortymentu, ktory oferuja sprzedajacy, czyli tzw. mydlo i powidlo. W jednej czesci sa wyroby z drewna, tkaniny, akcesoria ogrodnicze i przerozne kwiaty w innej ciuchy, a jeszcze dalej mozn kupic zwierzatka, te male jak chociazby chomiki, wiewiorki i szczury i te wieksze, rasowe psy i koty, od ktorych Alek musial mnie sila odciagac...

Inna atrakcja zapierajaca dech jest "Podwodny swiat" w jednym z nowych centrow handlowych. Na kilku hektarach powierzchni rozmieszczono ogromne akwaria z rafa koralowa, taka jaka sie obserwuje podczas nurkowania. Najciekawszy jest jednak pomyl na pokazanie zycia w glebinach prowadzac zwiedzajacych korytarzami pod dnem akwiarum. Zachwycajacy jest widok kolorowych ukwialow, pomiedzy ktorymi przeplywaja pasiaste, teczowo mieniace sie rybki, mniejsze i wieksze lawice poszukujace pokarmu. Ciarki przechodza po plecach gdy tuz nad glowa przeplywa kilkutonowy rekin ludojad szczerzacy zeby i to zapewne nie w usmiechu.

27 czerwca

Na lotnisko Borispol dotarlismy lokalnym autobusem. Terminal miedzynarodowy wielkosci naszych Pyrzowic sprzed remontu, za to pasazerow oczekujacych na wylot cale mnostwo. Planowe dwie godziny do wylotu zaledwie wystarczylo by sie odprawic w liniach lotniczych i zalatwic odprawe paszportowa, zostalo 15 minut na szybka toalete i wzywaja nas do wejscia na poklad. Wylatujemy z opoznieniem, czego mozna sie bylo spodziewac po dlugosci kolejki do odprawy. Nareszcie silniki w ruch, lekkie wcisniecie w siedzenie, moment bezwladnosci i maszyna poderwala sie do lotu. Podwozie sie nie oderwalo, czyli ladowanie powinno sie udac. Troche nas nakarmili, puscili film, udostepnili kanaly muzyczne w sluchawkach, jednak jestesmy tak podekscytowani tym co nas czeka, ze nie potrafimy zasnac, dodatkowo turbulencje i blyski w oddali sprawiaja, ze wole byc w pelni swiadomo na wszelki wypadek.
Po 6 godzinach lotu docieramy w srodku nocy 28 czerwca do Bangkoku, pomimo tego na lotnisku panuje gwar. Tu pierwsza niespodzianka, w przeciagu ostatnich 5 lat wybudowano nowe, supernowoczesne lotnisko, zdolne do odprawiania 100 lini lotniczych. Z powodu wczesnej pory i panujacych nadal ciemnosci przeczekujemy do switu.
Okolo 7 robi sie widno wiec wsiadamy w autobus na Kaosan Road, w centrum Bangkoku, by moc wreszcie odespac stracona noc.
Pogoda niezla, zaledwie 35 stopni, lekkie zachmurzenie, wiec po krotkim spacerze nasze nosy i policzki nabieraja wakacyjnego koloru gotowanych rakow.