czwartek, 4 sierpnia 2011

Osadnicy na Ko Samui



Z nad wybrzeza M. Andamanskiego "przeskoczylismy" 300 km nad Zatoke Tajladzka na wyspe Samui. Tu pozostaniemy az 2 tygodnie by zaladowac akumulatory przed powrotem do .... codziennosci. Wnetrze wyspy jest wyzynno-gorzyste porosniete przepieknymi, bujnymi lasami wilgotnymi, natomiast pas wybrzeza to piekne plaskie plaze. Zamieszkalismy 60 m od plazy w najspokojniejszej chyba czesci naszej wyspy. Po zapadnieciu zmroku nie slychac glosnej muzyki, nie ma tlumow ludzi, oswietlenie to jedynie male lampki nad bungalowem... spokoj przerywaja jedynie porykiwania z dzungli, ktora otacza nasz resort. Do centrum, gdybysmy zatesknili za gwarem, spacerkiem wzdluz plazy idziemy 20 minut.

Marysia tuz po przebudzeniu domaga sie otwarcia drzwi, bo droge na plaze juz pamieta...i wszystko chce robic sama, czasem donosnym glosem to podkreslajac. Tak wiec od rana pluskamy sie w spokojnej toni turkusowej wody, objadamy owocami, bujamy na hamaczku...

środa, 3 sierpnia 2011

Ekologiczna mżonka


Przerazeni, jak rosna sterty tutejszych smieci wysypywane prawie tuz za ekskluzywnymi resortami, ucieszylismy sie widzac wielki baner zawieszony nad droga przy plazy. Informowal o sprzataniu plazy w dniach 30-31 lipca. Dopytalam miejscowych o szczegoly, bo plakat byl pisany "tajskimi slimaczkami" jedynie slowa cleaning beach byly dla mnie zrozumiale. Tubylcy zapewnili, ze co roku maja takie akcje i pomimo, ze nie jest pisany w calosci po angielsku dotyczy glownie turystow. Coz, na kogos trzeba zwalic wine za gory smieci. Pomyslalam, ze pomysl dobry, zwlaszcza, ze Marysia ma wprawe w zbieraniu rzeczy, ktorych nie powinna, czyli plastikowych butelek, resztek steropianowych jednorazowek po lunchu, workow itp. Zaopatrzeni we wlasne worki na smieci wyruszylismy rankiem na plaze, by zrobic tez cos sensownego poza leniuchowaniem. i na tym wlasciwie zakonczyla sie wielka akcja... baner informacyjny zdjeto, akcja nieudana bo jest wielki przyplyw. Przyjdzcie za rok! Smutne bardzo zwlaszcza ,ze przyplyw poza wielkimi falami przywlokl kolejne odpadki. Tak to tutaj wyglada. Kupujac przekaski na wynos, jesli w pore nie zareagujemy sprzedawca trzy razy je zapakuje w worki foliowe i na koniec dorzuci jeszcze 3 widelce i lyzeczki jednorazowe, gdybysmy sie zdecydowali jesc nalesnik wlasnie lyzka wbrew wszystkiemu. Do kazdej zakupionej butelki czy puszki napoju dodawana jest slomka itp. Potem spacerujac uliczkami poza utartymi turystycznymi sciezkami napotykamy zwalowiska plastikowych smieci.
Organizacje ekologiczne, ktore tutaj funkcjonuja nie potrafia pewnie przebic sie przez tok myslenia przecietnego Taja - wszystko jest tymczasowe!

czwartek, 28 lipca 2011

Wielkiej laby ciag dalszy...




Mija kolejny dzien odkad dotarlismy na Aonang. Powoli trace poczucie czasu, ale z tego jak jestesmy rozpoznawani przez tubylcow w sklepie i na ulicy to wnioskuje, ze chyba minelo go sporo. Pogoda u nas zmienna, jak przystalo na pore deszczowa. Codziennie spadnie troche deszczu ale za to temperatura stale sie utrzymuje w okolicach 30 stopni. Rankiem obowiazkowy spacer tuz przy plazy, bo z powodu nocnego przyplywu plazy prawie nie widac. M wygodnie usytuowana w nosidelku mei-tai na naszych plecach, co chwila wskazuje wyrzucona przez morze muszle. A mozna trafic na solidne okazy o przeroznych ksztaltach jeszcze z "lokatorem" w srodku. Dopiero ok. 9.30 spokojnie mozna wybierac sie na plazowanie. W poludnie obowiazkowa drzemka dla Marysi, ale nie ukrywam, ze i my z niej korzystamy. Szkoda, ze przyjdzie nam zmienic te nawyki...
Poza zabawami na plazy rozkoszujemy sie tutejszymi specjalami kulinarnymi. M rowniez zakosztowala morskiego jedzenia, jesli tylko juz nie zaglada jej w oczy, czyli przerozne ryby i male krewetki, na wiele sposobow. Najlepiej jednak na slodko z anasem, bananami czy mango.

niedziela, 24 lipca 2011

Powrot do Tajlandii



Po 3 dniach na Penangu wrocilismy znowu do Tajlandii. Przejechalismy 7 godzin busem - na szczescie z przerwami. Marysia byla bardzo dzielna. Zachwycona faktem, ze ma wlasne miejsce obok okna, za ktorym zawsze cos sie dzieje, nawet nie zauwazyla jak minal caly dzien w podrozy. Bylo spanie i jedzenie a mama i tata zawsze sa obok, wiec nie ma co marudzic. Pytala nas kilka razy czy to juz teraz bedziemy robic "babu", jakby przeczuwala, ze jedziemy znowu odpoczywac na plazy. Dotarlismy do Krabi poznym popoludniem w strugach deszczu, wiec troche sie z Wami solidaryzujemy. U nas jednak nadal jest bardzo cieplo i pomimo grubej warstwy chmur slonce opala. Jestesmy na Ao Nangu, ktory slynie z pieknych plaz i turkusowej wody. Dodatkowa atrakcje stanowi wapienne wybrzeze z licznymi jaskiniami i malymi, bezludnymi wyspami. Jedna taka wysepke widzimy z balkonu naszego pokoju i marzymy sobie jedzac sniadanie jakby to ja sobie przysposobic.

Penang - "Perla Orientu"?




Po kilku dniach w malajskiej stolicy, zmeczeni zgielkiem wielkiego miasta, pognalismy w kierunku polnocno-zachodnim na wyspe Penang. Jest ona polaczona z Plw. Malajskim dlugim mostem, wiec nie ma przeprawy promowej i odczucia, ze jest sie na wyspie. Rozlegle blokowiska, apartamentowce, swietna siec komunikacji lokalnej jak na stalym ladzie. Wyspa zawdziecza swoja popularnosc miastu Georgetown - nazwa nadana na czesc krola Jerzego III. Byla to pierwsza osada brytyjska w Malezji, jeszcze zanim Singapur stal sie kolonia. Krazy tutaj legenga, ze kapitan Kompanii Wschodnioindyjskiej Francis Light, w 1786r objal w posiadanie wyspe i aby zachecic mieszkancow Plw. Malajskiego do jej zasiedlenia kazal strzelac gleboko w glab dzungli srebrnymi monetami.

Dzisiaj w Georgetown mozna poczuc sie jak w starych Chinach wloczac sie waskimi uliczkami, zapchanymi targowiskami gdzie jeszcze staraja sie wepchnac rowerowi rikszarze. Wiele z tych starych uliczek budzi sie do zycia dopiero wieczorem, zwlaszcza na Love Lane.

Powloczylismy sie troche tymi zabytkowymi ulicami, ale sprawdzilismy rowniez plaze na polnocy, ktore wbrew opisom w przewodniku nie sa czarujace. Zaczarowala nas, lacznie z Marysia, buddyjska swiatynia z elementami architektury birmanskiej. Mala w wielkiej radosci, ze wypuszczono ja z wozka sama wdrapywala sie po schodach, odszukiwala kolejnego posagi Buddy i glaskala je po brzuszkach i piszczala z radosci, ze owe sie do niej tez usmiechaja. Dziecku jest tu wszystko wybaczane.

środa, 20 lipca 2011

W Kuala Lumpur tez jest fajnie



Dwie wieze nadal stoja i zachwycaja....
...podgladanie morskich organizmow w ogromnym akwarium...


...karmienie ptaszkow w Parku ptakow - ponoc najwiekszym, jak wierzyc tutejszej reklamie
...szalenstwo w jednym z najwiekszych placow zabaw jakie spotkalismy.






Krotka eskapada do Singapuru

Wczesnym rankiem, jeszcze przed wschodem "azjatyckiego" slonca, pospiesznie wsiadamy do taksowki by zdazyc na lotnisko. M saczy swoje poranne mleczko na tylnim siedzeniu, powoli sie budzac. Na lotnisko jedziemy ponad godzine bo znajduje sie na drugim koncu wyspy. Po sprawnej odprawie jeszcze zostal czas na "zwiedzenie" lotniska, czyli obowiazkowa runda Marysi po hali odlotow i sprawdzenie czy jeszcze jakies dzieci z nami poleca. Bardzo jest spragniona innego towarzystwa w podrozy niz mama i tata.




Wczesne sniadanie na lotnisku tez smakuje.... tylko dlaczego to ja zawsze mam pilnowac bagazy?




Singapur przywital nas niestety nie najlepsza pogoda. Samolot wyladowal na glownym lotnisku, ale ze to tania linia wiec musielismy dotrzec do terminalu, hen na koncu wyspy. Samolot wiec przejechal nad miejska autostrada i mostem tuz obok miejskich autobusow. Oficer imigracyjny wita wszystkich szerokim usmiechem i garscia cukierkow. Obowiazkowa pogawedka na temat M, czyli ile ma lat, czy juz duzo mowi, co lubi jesc, a co jej sie podoba w Azji - juz do tego przywyklismy. Mala zreszta tez. Nauczyla sie, ze na powitanie komus nowemu warto podac dlon albo przynajmniej sie usmiechnac i pomachac reka. Pomio, ze wyladowalismy gdzies na dalekich krancach wyspy nie ma problemu z komunikacja. Pod terminalem czekaja darmowe autobusy dowozace do terminala glownego i kolejki miejskiej, ktora mozna przejechac Singapur wzdluz i wszerz. Dodatkowo podrozujac z dzieckiem w wozku wazne sa wszelkie udogodnienia typu podjazdy, windy czy tez niskie krawezniki. Singapur to raj dla spacerow z wozkiem.




W miare szybko odnalezlismy nasz hotel i pomimo deszczu wyruszylismy na rekonesans, by zaspokoic ciekawosc, co tez zmienilo sie przez ostatnie 8 lat od naszego pobytu. A zmienilo sie wiele. Przybylo kilka, moze nawet kilkanascie drapaczy chmur harmonijnie wkomponowanych w poprzednia architekture. Trzeba przyznac, ze osiagneli mistrzostwo w urbanistycznym planowaniu.




Zwiedzanie w deszczu....



... i nie tylko. Chinatown bardzo nam przypadlo do gustu...
i oczywiscie nowoczesny Singapur.


W sobotnie popoludnie wypoczywalismy, podobnie jak 3/4 mieszkancow, na wyspie Sentosa. Mozna tam dotrzec na kilka sposobow: autobusem przez most, kolejka szynowa z centrum handlowego czy tez bardziej turystyczna kolejka linowa z okolicznych wzgorz. Wyspa Sentosa to ostoja zieleni, ciszy (poza weekendem pewnie) i miejsce do plazowania. Jednak ku naszemu zdumieniu plaze sa waskie a piasek sprowadzony z Sumatry, bo tutejszy byl za malo "plazowy". Po wyspie kursuja darmowa komunikacja dwozaca do poszczegolnych punktow, czyli wspomnianych plaz, parkow rozrywki (w rozmiarach mega) dostarczajacych tez mega atrakcji. To kolejny przyklad na to, ze poza zarabianiem pieniedzy Singapurczycy potrafia wypoczywac. Na jednej z plaz trafilismy na "family day", gdzie rodzice z dziecmi brali udzial w zabawach typu tor z przeszkodami, parasailing, strzelanie z luku (chyba do uciekajacych tatusiow), malowanie i wiele innych, ktorych nie zapamietalam. My niestety, ze zgledu na jednak niewielkie rozmiary naszej Dzidzi, musielismy sie ograniczyc do skakania w dmuchanym zamku.

czwartek, 14 lipca 2011

14 lipca



Korzystajac z okazji, ze jestesmy tak blisko zatoki Phananga, postanowilismy sobie zrobic wycieczke na slynna wyspe Bonda, znana z czesci " Mezczyzna ze zlotym pistoletem". Wycieczka zaczela siew w poludnie, kiedy to z miejsca zbiorki zabral nas autobus, pojezdzil jeszcze po kilku miejscach na Phukecie zbierajac spora grupe turystow. Potem przejechalismy na polnoc wyspy co trwalo jeszcze z okolo godziny, a w czasie jazdy moglismy sie rozkoszowac wczesniej wspomniana czescia o 007. Jednym z punktow wycieczki byla tez obowiazkowa wizyta w buddyjskiej swiatyni malp, ulokowana w ogromnej jaskini. Malpy nie byly wcale biernymi obserwatorami, wrecz przeciwnie domagaly sie "poczestunku" ze strony odwiedzajacych. Nasza Marysia po wyjsciu z autokaru bardzo szybko by przystala do tej sporej grupy malpich rozbojnikow, ale w miare szybko zareagowalismy.
Do wyspy Bonda plynie sie meandrujacym, pomiedzy namorzynami korytem rzeki, i uchodzacym do Zatoki Phananga wlasnie w okolicach wyspy. Plynelismy zwyklymi lodziami dlugorufowymi, nie motorowkami, ktorych ryk silnikow zagluszal szum fal. Im szybciej sie plynie tym bardziej sie buja i to chyba kolejna dewiza naszego dziecka, bo wydawala z siebie piski radosci. Widok wybrzeza o stromych wapiennych scianach nieustannie wymywanych przez fale robi wielkie wrazenie. Ten krajobraz podziwialismy juz w kilku miejscach w Azji i zawsze nas zachwyca. Minusem naszej eskapady byla jedynie pogoda, monsun przypomnial o sobie i woda lala sie sie z nieba wiadrami.

poniedziałek, 11 lipca 2011

12 lipca

Jestesmy w podrozy zaledwie 13 dni a wyraznie zauwazamy jak nasza Marysia sie zmienia-dorosleje. Zadziwia nas swoja zaradnoscia, zwlaszcza, ze bedac malym brzdacem zle znosila nowe sytuacje. Coraz wiecej rozumie, stara sie komentowac we wlasnym jezyku przezywane sytuacje czy dostrzezone rzeczy. Nie bez pokrycia jest powiedzenie "podroze ksztalca". Zapewne w jej pamieci niewiele pozostanie wspomnien o miejscach, ktore zobaczyla, ale napewno utrwala sie odczucia poszczegolnych zdarzen, pewnosc siebie, ktora nabywa i byc moze wiara w to, ze swiat jest dobry.
Przez kilka dni jeszcze poleniuchujemy na plazy, chociaz nosi nas coraz bardziej. Za pare dni lecimy do Singapuru.

11 lipca



Plaza na Phuket jest bardzo dluga, natomiast szerokosc jej zalezy od plywow morza. Woda ta przybrzezna ma kolor turkusowy i temperature podobna do tej w wannie (jak i w powietrzu), wiec nieustanne siedzenie, zabawy i wyglupy w wodzie M tutaj nie zaszkodza. Z tego jednak powodu musimy na nia bardziej uwazac, bo w czasie zabawy na plazy, gdy rodzice mozolnie kopia kolejny dol czy tez formuja baby piaskowe, nie wiedzac kiedy Mala pospiesznie umyka do wody i nawet to, ze fala ja zaleje nie jest powodem by posluchac rodzicow. A jesli juz trzeba wyschnac na plazyto najlepiej poswiecajac czas na podgladaniu czy gonieniu krabow, ktore szybko umykaja do swoich norek. Inne ciekawe okazy biologii morskiej do obserwacji na plazy to meduzy, ktore sa wyrzucane przez fale, od calkiem mlodych okazow do tych o sporych rozmiarach. Na szczescie te parzydelkowce nie utrudniaja kapieli, nie sa grozne.

sobota, 9 lipca 2011

podroz na poludnie

My tez serdecznie wszystkich pozdrawiamy, przepraszamy tych niecierpliwych, ze nie piszemy na biezaco. Nie jest to takie proste. Po upalnym dniu, zmeczeni bardziej niz Marysia, zasypiamy czasem szybciej niz nasza Mala zdazy poopowiadac (w swoim nadal jezyku) co widziala, co robila i co zrobilo na niej najwieksze wrazenie. My starzy wyjadacze chyba wolniej aklimatyzujemy sie do tutejszej temperatury. Prze pierwsze kilka dni robilismy rekonesans "starych" miejsc w Bangkoku, sprawdzajac co przez ostatnie 3 lata sie zmienilo. Tak jak w naszym kraju dlugo trwa okres decyzyjny na rozpoczecie jakiegos przedsiwziecia, tak tutaj w Azji nikt nie zwleka z nowymi inwestycjami. Ku naszemu zdziwieniu rozbudowano kolejke nadziemna i wybudowano kilka nowych drapaczy chmur oraz wielki aquapark o powierzchni naszej dzielnicy z megamnostwem atrakcji dla dzieciakow. Nasza Mary zadowolila sie placem zabaw ze zjezdzalniami, piaskiem i oczywiscie towarzystwem dzieci, ktorego wyszukuje bardziej niz naszej uwagi. Na szczescie dzieci nie potrzebuja znac tego samego jezyka a jednak potrafia sie swietnie porozumiec, a przytulance, ktorymi M obdarza inne dzieciaki tez nikomu nie przeszkadzaja.
Przez pare dni najwiecej czasu w Bangkoku spedzalismy w parku Lumpini, ktory przypomina Cental Park w Nowym Jorku. Jest wielka ostoja zieleni, z licznymi sadzawkami, w samym centrum ogromnego, zadymionego miasta. Poza dwoma duzymi i dobrze wyposazonymi placami zabaw sa tam miejsca do cwiczen jogi, tai-chi, czy fitnesu w cieniu tropikalnych, rozlozystych drzew. Wokol parku sa specjalnie przygotowane sciezki dla kolarzy i biegaczy, ktorych tu nie malo. Dla nas najwieksza atrakcja parku byly jednak warany, doslownie od malych okazow tuz po wykluciu, po takie dostojne, wiekowe, kroczace po zielencach. Widac, ze nawet ta egzotyczna przyroda dobrze kooperuje z wielka metropolia.

Koniec jednak siedzenia w wielkim miescie. Mamy ochote wreszcie na lenistwo wakacyjne, czyli plazowanie. Zdecydowalismy sie na Phuket, jedna z najwiekszych tajskich wysp. Aby sie tam dostac wsiedlismy okolo wieczora w pociag sypialny. Niestety nie zdobylismy biletow na wagon z klimatyzacja (musielibysmy pozostac w Bangkoku nastepne kilka dni), pozostaly tylko miejsca w wagonie z wentylatorem pod sufitem, na szczescie rozkladane. Marysi nie przeszkadzalo, ze jest cieplo w wagonie i wszyscy sie jej znowu przygladaja, zmeczona zasnela szybciej niz "wagonowy" rozlozyl nam lozka. Tak, wlasnie. Tutaj po wejsciu do wagonu odnajduje sie swoje miejsca jako siedzace, dopiero z czasem gdy pociag "mknie" kolejne fotele sa rozkladane, ubierana jest posciel i mozna sie udac na drzemke.
Poniewaz pociag nie dojezdza do miejsca, w ktore sie udawalismy, kupilismy bilet laczony z autobusowym. Wobec czego rankiem, po przyjezdzie pociagiem do Surat Thani, czekal na nas agent z biura autobusowego i kierowal do odpowiedniego autobusu. Po kolejnych 4 godzinach bylismy na miejscu, tzn. na wyspie. Wskoczylismy do lokalnego busika, bo taksowkarze chcieli nas zawiezc na plaze za rownowartosc biletu kolejowego. Dotarlismy do czesci wyspy o nazwie Karon, takiej spokojniejszej. Wiekszosc turystow - plecakowcow decyduje sie na Patong, czyli taka czesc gdzie zycie zaczyna sie duzo po 20-tej, czyli wtedy gdy my mniej wiecej po kolacji "bujamy" Mala do snu. Na Karonie za to prawdziwa inwazja ruskojezycznych turystow z grubymi portfelami, co dla nas poza mozliwoscia podniesienia poziomu tego jezyka, niestety wiaze sie z wyzszymi cenami. Wszystkie biura podrozy maja oferty przewodnikowe po rosyjsku jak i menu w restauracjach tez sa w tym jezyku...
Na phukecie rozkoszujemy sie... budowanie zamkow z piasku, bo nareszcie mamy dla kogo. Marysia jednak po zakosztowaniu kapieli morskich nie pozwala sie wyciagnac z wody. To nic, ze fala ja przewrocila, oczy zalala slona woda

wtorek, 5 lipca 2011

MARYSIA POZNAJE ŚWIAT




Po dlugich miesiacach oczekiwania nareszcie nastal czas wyjazdu. Nasza eskapade zaczelismy od Krakowa, bo stamtad nastapil wylot wczesnym rankiem do Kijowa. Spakowalismy tym razem to co niezbedne w jeden duzy plecak (Marysie, oczywiscie nie schowalismy do plecaka, zabralismy dla niej nowy wygodny wozek). Jeszcze spacer i nocka w uroczym Krakowie, a rano skoro swit stawilismy sie na lotnisku. Marysia na szczescie wyspana, po drodze na lotnisko delektowala sie poranna porcja mleka, dopchnela kawalkiem bagietki trzymajac w drugiej rece juz cos na zapas. Pani na lotnisku tez juz sie poznala na Marysi i przydzielila jej wlasne miejsce, w obawie, ze w tak malenkim samolocie jak embraer, to dziecko nie wysiedzi u mamy na kolanach. W drodze do Kijowa Marysia leciala prawie nieustannie przyklejajac nos do szyby i wolajac "bam bam". Ku radosci wszystkich pasazerow wyladowalismy "gladko" i zadnego "bam" nie bylo. W Kijowie obowiazkowy postoj bo linie lotnicze anulowaly lot 30 czerwca do Bangkoku. Po dlugiej odprawie granicznej, dotarlismy do centrum miasta i znalezlismy nocleg na ...dworcu kolejowym. Bynajmniej nie na peronie, a w czystym i milym pokoju dla rodzicow podrozujacych z dzieckiem w hotelu dworcowym. Tak, u nas w kraju tez by sie taka opcja nie raz przydala.
Kolejnego dnia naszej podrozy udalismy sie na lotnisko Borispol, a przewidujac korki w miescie wyjechalismy z centrum kilka godzin wczesniej. Po dlugiej odprawie granicznej, ponoc tak to zawsze wyglada na Ukrainie, trafilismy do nowej, ogromnej hali odlotow, gdzie Marysia po godzinie znala wiekszosc dzieci oczekujacych ze swoimi rodzicami na wylot. Ku naszej radosci miejsca do biegania bylo sporo, wiec w nadziei, ze to ja zmeczy przed wylotem pozwolilismy jej eksplorowac hale pomiedzy bramkami do kolejnych samolotow. Coz, dzieci jednak szybko sie regeneruja, bo do prawdziwego zmeczenia Marysi potrzebne jej bylo jeszcze "zwiedzenie" naszego samolotu. Tak nawiasem mowiac, ku niepokojowi wiekszosci znajomych, to na lotnisku widzielismy cale mnostwo rodzin podrozujacych z malenkimi dzidziami, a i w naszym samolocie ich nie brakowalo.
W drodze do Bangkoku Marysia niestety spedzala lot na zmiane, na naszych kolanach. Dzieciom do lat 2 nie przysluguje osobne miejsce, co tez wiaze sie z niewysoka cena biletu lotniczego. W trakcie odprawy lotniczej przydzielono nam miejsca tuz za klasa bisness, wiec dzieki sciance dzialowej mielismy wiecej miejsca na nogi i miejsce zabawy na podlodze dla Marysi. Natomiast gdy dziecko wreszcie zmorzyl sen, na te scianke stewardesa zawiesila dla Malej kolyske. Kolyska jednak okazala sie byc dla naszej Marysi troche za krotka i nozki jej wystawaly, co jej jednak nie sprawialo zadnego problemu. Samolot ja lekko bujal, ryczace silniki "wygrywaly" kolysanki a zapiete pasy utulily do snu. Wow, nareszcie i odpoczynek dla rodzicow. Dluga, bo prawie 9 godzinna podroz do Bangkoku minela jednak dosc szybko i w Bangkoku wyladowalismy o 4.30 nad ranem.



Tu zaczyna sie nasza przygoda z malym dzieckiem w obcej, innej kulturze. Nie zdazylismy jeszcze opuscic budynku lotniska a Marysia byla juz wielokrotnie zaczepiana przez obsluge. "Biale" dziecko stanowi tu wielka atrakcje. Poczatkowo z nieufnoscia przyjmowala te zaczepki, ale po chwili odwzajemniala usmiechy i gesty "hallo" machajac lapkami. Rozbawiala nas do lez, kiedy o 5 nad ranem siedzielismy w knajpce lotniskowej, tanczyla i spiewala swoje "lalalala" w rytm tajskiego popu ryczacego z glosnikow. Wtedy cale zmeczenie z niedospania prysnelo.
Kolejnego dnia jednak i Marysia nie uniknela jetlag'a, przespala wiekszosc popoludnia i o pierwszej w nocy wstala oznajmiajac nam swoim donosnym "papa", ze to koniec spania i czas isc robic "baby" i poszukac "dzieci". Na szczescie tych drugich jej nie brakuje, z placami zabaw jest troche trudniej. Zazwyczaj musimy przejechac kawal miasta, serwujac dziecku po drodze rozrywki tj. rejs lodzia po kanale, przejazdzke szybka kolejka nadziemna, by dotrzec do parku z porzadnym placem zabaw, ktorego moga zazdroscic nasze parki miejskie. Tak w tej chwili wyglada nasza azjatycka eskapada, na odkrywaniu nowych miejsc w znanych juz sobie wczesniej.
Gdziekolwiek sie nie pojawiamy z Marysia, czy to jest sklep, restauracja, park czy kolejka, to wszedzie wzbudza wiele radosci. Wszyscy chca ja brac na rece, albo przynajmniej dotknac, pomachac reka. Jest to momentami meczace, ale za to bardzo pozytywne. Dzieki Marysi przestalismy byc tylko kolejnymi turystami...