czwartek, 28 lipca 2011

Wielkiej laby ciag dalszy...




Mija kolejny dzien odkad dotarlismy na Aonang. Powoli trace poczucie czasu, ale z tego jak jestesmy rozpoznawani przez tubylcow w sklepie i na ulicy to wnioskuje, ze chyba minelo go sporo. Pogoda u nas zmienna, jak przystalo na pore deszczowa. Codziennie spadnie troche deszczu ale za to temperatura stale sie utrzymuje w okolicach 30 stopni. Rankiem obowiazkowy spacer tuz przy plazy, bo z powodu nocnego przyplywu plazy prawie nie widac. M wygodnie usytuowana w nosidelku mei-tai na naszych plecach, co chwila wskazuje wyrzucona przez morze muszle. A mozna trafic na solidne okazy o przeroznych ksztaltach jeszcze z "lokatorem" w srodku. Dopiero ok. 9.30 spokojnie mozna wybierac sie na plazowanie. W poludnie obowiazkowa drzemka dla Marysi, ale nie ukrywam, ze i my z niej korzystamy. Szkoda, ze przyjdzie nam zmienic te nawyki...
Poza zabawami na plazy rozkoszujemy sie tutejszymi specjalami kulinarnymi. M rowniez zakosztowala morskiego jedzenia, jesli tylko juz nie zaglada jej w oczy, czyli przerozne ryby i male krewetki, na wiele sposobow. Najlepiej jednak na slodko z anasem, bananami czy mango.

niedziela, 24 lipca 2011

Powrot do Tajlandii



Po 3 dniach na Penangu wrocilismy znowu do Tajlandii. Przejechalismy 7 godzin busem - na szczescie z przerwami. Marysia byla bardzo dzielna. Zachwycona faktem, ze ma wlasne miejsce obok okna, za ktorym zawsze cos sie dzieje, nawet nie zauwazyla jak minal caly dzien w podrozy. Bylo spanie i jedzenie a mama i tata zawsze sa obok, wiec nie ma co marudzic. Pytala nas kilka razy czy to juz teraz bedziemy robic "babu", jakby przeczuwala, ze jedziemy znowu odpoczywac na plazy. Dotarlismy do Krabi poznym popoludniem w strugach deszczu, wiec troche sie z Wami solidaryzujemy. U nas jednak nadal jest bardzo cieplo i pomimo grubej warstwy chmur slonce opala. Jestesmy na Ao Nangu, ktory slynie z pieknych plaz i turkusowej wody. Dodatkowa atrakcje stanowi wapienne wybrzeze z licznymi jaskiniami i malymi, bezludnymi wyspami. Jedna taka wysepke widzimy z balkonu naszego pokoju i marzymy sobie jedzac sniadanie jakby to ja sobie przysposobic.

Penang - "Perla Orientu"?




Po kilku dniach w malajskiej stolicy, zmeczeni zgielkiem wielkiego miasta, pognalismy w kierunku polnocno-zachodnim na wyspe Penang. Jest ona polaczona z Plw. Malajskim dlugim mostem, wiec nie ma przeprawy promowej i odczucia, ze jest sie na wyspie. Rozlegle blokowiska, apartamentowce, swietna siec komunikacji lokalnej jak na stalym ladzie. Wyspa zawdziecza swoja popularnosc miastu Georgetown - nazwa nadana na czesc krola Jerzego III. Byla to pierwsza osada brytyjska w Malezji, jeszcze zanim Singapur stal sie kolonia. Krazy tutaj legenga, ze kapitan Kompanii Wschodnioindyjskiej Francis Light, w 1786r objal w posiadanie wyspe i aby zachecic mieszkancow Plw. Malajskiego do jej zasiedlenia kazal strzelac gleboko w glab dzungli srebrnymi monetami.

Dzisiaj w Georgetown mozna poczuc sie jak w starych Chinach wloczac sie waskimi uliczkami, zapchanymi targowiskami gdzie jeszcze staraja sie wepchnac rowerowi rikszarze. Wiele z tych starych uliczek budzi sie do zycia dopiero wieczorem, zwlaszcza na Love Lane.

Powloczylismy sie troche tymi zabytkowymi ulicami, ale sprawdzilismy rowniez plaze na polnocy, ktore wbrew opisom w przewodniku nie sa czarujace. Zaczarowala nas, lacznie z Marysia, buddyjska swiatynia z elementami architektury birmanskiej. Mala w wielkiej radosci, ze wypuszczono ja z wozka sama wdrapywala sie po schodach, odszukiwala kolejnego posagi Buddy i glaskala je po brzuszkach i piszczala z radosci, ze owe sie do niej tez usmiechaja. Dziecku jest tu wszystko wybaczane.

środa, 20 lipca 2011

W Kuala Lumpur tez jest fajnie



Dwie wieze nadal stoja i zachwycaja....
...podgladanie morskich organizmow w ogromnym akwarium...


...karmienie ptaszkow w Parku ptakow - ponoc najwiekszym, jak wierzyc tutejszej reklamie
...szalenstwo w jednym z najwiekszych placow zabaw jakie spotkalismy.






Krotka eskapada do Singapuru

Wczesnym rankiem, jeszcze przed wschodem "azjatyckiego" slonca, pospiesznie wsiadamy do taksowki by zdazyc na lotnisko. M saczy swoje poranne mleczko na tylnim siedzeniu, powoli sie budzac. Na lotnisko jedziemy ponad godzine bo znajduje sie na drugim koncu wyspy. Po sprawnej odprawie jeszcze zostal czas na "zwiedzenie" lotniska, czyli obowiazkowa runda Marysi po hali odlotow i sprawdzenie czy jeszcze jakies dzieci z nami poleca. Bardzo jest spragniona innego towarzystwa w podrozy niz mama i tata.




Wczesne sniadanie na lotnisku tez smakuje.... tylko dlaczego to ja zawsze mam pilnowac bagazy?




Singapur przywital nas niestety nie najlepsza pogoda. Samolot wyladowal na glownym lotnisku, ale ze to tania linia wiec musielismy dotrzec do terminalu, hen na koncu wyspy. Samolot wiec przejechal nad miejska autostrada i mostem tuz obok miejskich autobusow. Oficer imigracyjny wita wszystkich szerokim usmiechem i garscia cukierkow. Obowiazkowa pogawedka na temat M, czyli ile ma lat, czy juz duzo mowi, co lubi jesc, a co jej sie podoba w Azji - juz do tego przywyklismy. Mala zreszta tez. Nauczyla sie, ze na powitanie komus nowemu warto podac dlon albo przynajmniej sie usmiechnac i pomachac reka. Pomio, ze wyladowalismy gdzies na dalekich krancach wyspy nie ma problemu z komunikacja. Pod terminalem czekaja darmowe autobusy dowozace do terminala glownego i kolejki miejskiej, ktora mozna przejechac Singapur wzdluz i wszerz. Dodatkowo podrozujac z dzieckiem w wozku wazne sa wszelkie udogodnienia typu podjazdy, windy czy tez niskie krawezniki. Singapur to raj dla spacerow z wozkiem.




W miare szybko odnalezlismy nasz hotel i pomimo deszczu wyruszylismy na rekonesans, by zaspokoic ciekawosc, co tez zmienilo sie przez ostatnie 8 lat od naszego pobytu. A zmienilo sie wiele. Przybylo kilka, moze nawet kilkanascie drapaczy chmur harmonijnie wkomponowanych w poprzednia architekture. Trzeba przyznac, ze osiagneli mistrzostwo w urbanistycznym planowaniu.




Zwiedzanie w deszczu....



... i nie tylko. Chinatown bardzo nam przypadlo do gustu...
i oczywiscie nowoczesny Singapur.


W sobotnie popoludnie wypoczywalismy, podobnie jak 3/4 mieszkancow, na wyspie Sentosa. Mozna tam dotrzec na kilka sposobow: autobusem przez most, kolejka szynowa z centrum handlowego czy tez bardziej turystyczna kolejka linowa z okolicznych wzgorz. Wyspa Sentosa to ostoja zieleni, ciszy (poza weekendem pewnie) i miejsce do plazowania. Jednak ku naszemu zdumieniu plaze sa waskie a piasek sprowadzony z Sumatry, bo tutejszy byl za malo "plazowy". Po wyspie kursuja darmowa komunikacja dwozaca do poszczegolnych punktow, czyli wspomnianych plaz, parkow rozrywki (w rozmiarach mega) dostarczajacych tez mega atrakcji. To kolejny przyklad na to, ze poza zarabianiem pieniedzy Singapurczycy potrafia wypoczywac. Na jednej z plaz trafilismy na "family day", gdzie rodzice z dziecmi brali udzial w zabawach typu tor z przeszkodami, parasailing, strzelanie z luku (chyba do uciekajacych tatusiow), malowanie i wiele innych, ktorych nie zapamietalam. My niestety, ze zgledu na jednak niewielkie rozmiary naszej Dzidzi, musielismy sie ograniczyc do skakania w dmuchanym zamku.

czwartek, 14 lipca 2011

14 lipca



Korzystajac z okazji, ze jestesmy tak blisko zatoki Phananga, postanowilismy sobie zrobic wycieczke na slynna wyspe Bonda, znana z czesci " Mezczyzna ze zlotym pistoletem". Wycieczka zaczela siew w poludnie, kiedy to z miejsca zbiorki zabral nas autobus, pojezdzil jeszcze po kilku miejscach na Phukecie zbierajac spora grupe turystow. Potem przejechalismy na polnoc wyspy co trwalo jeszcze z okolo godziny, a w czasie jazdy moglismy sie rozkoszowac wczesniej wspomniana czescia o 007. Jednym z punktow wycieczki byla tez obowiazkowa wizyta w buddyjskiej swiatyni malp, ulokowana w ogromnej jaskini. Malpy nie byly wcale biernymi obserwatorami, wrecz przeciwnie domagaly sie "poczestunku" ze strony odwiedzajacych. Nasza Marysia po wyjsciu z autokaru bardzo szybko by przystala do tej sporej grupy malpich rozbojnikow, ale w miare szybko zareagowalismy.
Do wyspy Bonda plynie sie meandrujacym, pomiedzy namorzynami korytem rzeki, i uchodzacym do Zatoki Phananga wlasnie w okolicach wyspy. Plynelismy zwyklymi lodziami dlugorufowymi, nie motorowkami, ktorych ryk silnikow zagluszal szum fal. Im szybciej sie plynie tym bardziej sie buja i to chyba kolejna dewiza naszego dziecka, bo wydawala z siebie piski radosci. Widok wybrzeza o stromych wapiennych scianach nieustannie wymywanych przez fale robi wielkie wrazenie. Ten krajobraz podziwialismy juz w kilku miejscach w Azji i zawsze nas zachwyca. Minusem naszej eskapady byla jedynie pogoda, monsun przypomnial o sobie i woda lala sie sie z nieba wiadrami.

poniedziałek, 11 lipca 2011

12 lipca

Jestesmy w podrozy zaledwie 13 dni a wyraznie zauwazamy jak nasza Marysia sie zmienia-dorosleje. Zadziwia nas swoja zaradnoscia, zwlaszcza, ze bedac malym brzdacem zle znosila nowe sytuacje. Coraz wiecej rozumie, stara sie komentowac we wlasnym jezyku przezywane sytuacje czy dostrzezone rzeczy. Nie bez pokrycia jest powiedzenie "podroze ksztalca". Zapewne w jej pamieci niewiele pozostanie wspomnien o miejscach, ktore zobaczyla, ale napewno utrwala sie odczucia poszczegolnych zdarzen, pewnosc siebie, ktora nabywa i byc moze wiara w to, ze swiat jest dobry.
Przez kilka dni jeszcze poleniuchujemy na plazy, chociaz nosi nas coraz bardziej. Za pare dni lecimy do Singapuru.